Krosno Odrzańskie 2015

Wyjazdy klubowe gdzieś na tory chyba już przeszły do mroków historii a perspektywy na ich reaktywację są raczej nikłe. Przyczyny tego są różne i nie ma sensu ich roztrząsać. Nie zmienia to faktu, że zew natury jest silny i cały czas kolebie się po łbie myśl, coby tu zrobić by choć przez chwilę pogapić się na tory, a nuż coś przyjedzie… Okazją do małego wypadu są warsztaty fotograficzne w których uczestniczy moja urocza małżonka. Taka też nadarzyła się pod koniec kwietnia. Plener żony zaplanowany był w zamku Czocha więc siłą rzeczy transport w kierunku „podsudeckiej” był zapewniony. Zacząłem nawet organizować sobie nocleg w Mościsku Dzierżoniowskim i planować pobyt w weekend. Dodatkową motywacją miała być impreza „Dolnośląskie Zakamarki” z SU46 w roli głównej pętającej się w okolicach Strzegomia. Perturbacja z organizacją tego przejazdu, jak również niezbyt ciekawa możliwość połączenia oraz znany bezruch sobotni na 137-ce ostudził trochę mój zapał. Nie zmniejszył jednak ciśnienia  na jakikolwiek wypad na tory. No to plan awaryjny czyli Krosno, z gdzieś tlącą się myślą, że może choć jeden rumun….
Brak chętnych do towarzystwa jak również prostego sposobu przetransportowania mojego dupska w tamte rejony nie zniechęcił mnie do zorganizowania tematu. Sitkol plus e-podróżnik wyznacza marszrutę.
I w ten oto sposób wylądowałem o 4:20 na trzecim peronie widzewskiego dworca by zasiąść wygodnie w praktycznie pustym Flircie Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej zmierzającym do Łowicza. Podziwiam sobie ładne wnętrze pojazdu, zachwycam się łatwością nabycia biletu z automatu i wybieram miejsce dające najwięcej komfortu czyli przeznaczone dla czterech osób. Niestety, na me nieszczęście dwie minuty przed planowanym odjazdem z błogostanu jaki mnie ogarnął, wyrywają mnie dosiadające się naprzeciw trzy laski wyglądające na Świadków Jehowy z czymś androgenicznym odzywającym się rzadko. Słuchawki uratowały mi a być może im życie…..

Stadler  żwawo mknie w kierunku E20, fotel wygodnie otula, podziwiam bajeczny wschód słońca a ja układam sobie w głowie precyzyjny plan działania, trzymając kciuki za planowy przyjazd do Łowicza bo na przesiadkę na „Zielonogórzanina” mam tylko 6 minut. W Domaniewicach mamy dwie w plecy, na Przedmieściu mamy trzy i robi się ciut nerwowo. Na szczęście Łowicz Główny to nie Heathrow i do pokonania jest tylko kładka, gratów nie mam dużo więc powinienem dać radę. Schodząc na pierwszy peron widzę już światła EP08, uffff, zdążyłem.
TLKa załadowana jak ruski plecak i do samego Poznania frekwencja praktycznie 100%, 3/4 trasy przestałem więc na korytarzu. W Poznaniu pociąg opustoszał, więc rozwaliłem się wygodnie w przedziale licząc na samotność do samej Zielonej Góry. Chwilę później nadzieję tą rozwiał głos Himilsbacha pytający „można, wolne?”. Wszystko byłoby git gdyby nie fakt, że wydobywający się z ust wydziaranej blachary…. Dołączył również student filozofii, który po obejrzeniu współpasażerki jadącej  na widzenie do ukochanego pogrążył się w lekturze. Po trzecim telefonie wykonanym przez miłośniczkę tatuaży i dziwnych fryzur ponownie odseparowałem się od świata zewnętrznego za pośrednictwem słuchawek. Student spojrzał na mnie i z uśmiechem zrobił dokładnie to samo. Po drodze nie chciało mi się pstrykać i z ciekawostek zarejestrowałem jedynie dwa gagariny Pol-Miedzi. Na wjeździe do samej Zielonej natomiast zaskoczenie bo minęła nas SU46 z towarowym jadąca w kierunku Żagania. W peronach zaś uwijał się M62 Orionu, jednakże kolejna przesiadka „na styk”, tym razem na autobus do Słubic nie dała szans na zdjęcia.
Przed południem wypakowuję się w Połupinie bo plan zakładał powtórzenie klatki z panoramą Krosna, tym razem w słońcu. Zaliczam sklepik i na wszelki wypadek odpalam radio. Niemal natychmiast słyszę meldujący się pod tarczą skład. Fuck! Nieparzysty a więc jedzie z Czerwieńska, ja mam do linii jakieś 700m i dzielą mnie od niej wiejskie zabudowania a do tego cały sprzęt w pozycji marszowej. Gnam mimo to by choć zobaczyć co mnie ominęło. Między drzewami turla się rumun w kolorze nadziei ze składem Simmsów, miód na me oczy. Czyli jeżdżą jeszcze! Skoro pojechał do Niemiec, to będzie przecież wracał, bajka! Maszeruję więc raźno 3km na górkę za Połupinem i wkrótce rozkładam małe obozowisko. 2h później radyjko się odzywa i mechanik zgłasza defektującego ST43 jadącego od Czerwieńska i martwi się czy uda mu się dociągnąć nawet do Krosna. Pędzę więc na złamanie karku w dół by złapać go na łuku i parę chwil później słychać znajome pyr-pyr. Piękna maszyna, jeszcze z żółtym czołem (żywe są chyba tylko 4 ) wraz z ze stonką trudzą się ze składem. Okazuje się, że w Krośnie czeka już para luzaków na zwolnienie szlaku. Dyżurna z dyspozytorem ustalają, że do Niemiec ze składem pojedzie ST43-365 który zdążył już wrócić a  padnięta 208-ka na haku kołomny wróci do Czerwieńska. Ehhh czemuż mnie nie ma teraz na stacji w Krośnie, dwa shulzery i kołomna manewrujące po stacji, jakiż to widok, jak to musi dudnić. Wracam na górkę i czekam na przejazd luzaków co ma miejsce niedługo później. Planowana klatka zrobiona, słońce nawet nie zaszło w krytycznym momencie ale nadal pozostaje niedosyt bo tym razem brakło składu. No nic przynajmniej jest motywacja do kolejnej wycieczki w to miejsce.

Słońce nieubłaganie przesuwa się w kierunku osi torów i motyw traci sens, zbieram graty i zmierzam na przejazd przed tarczą do Krosna by zapolować na kolejny zaplanowany kadr. Zalegam sobie wygodnie w trawie, gapiąc się w niebo, napawam odgłosami natury. Dobrze po 16-stej z błogostanu wyrywa mnie meldunek składu pod tarczą. 2,5 milisekundy później dociera do mnie nieparzysty numer pociągu, czyli on jedzie z mojej strony! Zrywam się na równe nogi a ta cholera zapitala szeptem i jest już w połowie łuku. To zasługa modernizacji szlaku między Czerwieńskiem a Krosnem. Wcześniej w tym miejscu było 60 i pociąg było słychać niemal na wyjeździe z Ciemnic. Teraz szlakowa to 100, tam jest z górki, zero przejazdów więc klasyczne OKP. 060Da CTL-a z beczkami przemknął koło mnie jakby go stado diabłów goniło. Dobrze, że chociaż miałem aparat pod ręką. Kadr można uznać za zaliczony a ja przemieszczam się na drugą stronę szlaku. Tym razem postanowiłem być bardziej czujny. I całe szczęście bo dwie godziny później ST43-227 z krótkim składem przemyka w kierunku Niemiec, również na głucho. Miejscówka wyczerpana, nie pozostaje więc nic innego jak powlec się na przejazd bliżej Krosna. Niestety odzywają się zmasakrowane stawy kolanowe i idzie się coraz ciężej. Słońce świeci już niemal poziomo, tuż nad linią drzew a od strony Czerwieńska słychać trąbkę. Ten dla odmiany miał dobry dzień bo trąbił jak opętany i po chwili kolejny „czarnuch” z beczkami mknie do Gubina. Dodatkowo z drugiej strony melduje się następny skład i będzie krzyżowanko.  Stonka  z talbotami wlecze się już po zachodzie a ja zbieram się w kierunku hotelu. Dotychczas śniadania były od 7:30 więc zamawiam swoje na 8-mą z chytrym planem porannej wycieczki na stację, powrotu na pyszną jajeczniczkę i dalszych działań w terenie. Padam na wyro po 21-szej i zasypiam niemal natychmiast.

 

5:10 rano wibracje budzika wkręcają mi się w czaszkę a ja podejmuję nieodwołalną decyzję wypoczynku do 8-mej. Pieprzyć pociągi, pieprzyć wschody słońca, pieprzyć wszystko, chce mi się spać. Nie! Właśnie że wstaniesz leniwa larwo! Nie po to jechałeś 400 km by gnić w wyrze! 20 minut później w pełnym rynsztunku schodzę na dół. Okazuje się, że przesympatyczna pani już szykuje śniadanko i można je zamawiać na dowolną porę. Ot pozytywna strona niemieckich turystów….. Czekam więc spokojnie na papu ciesząc się, że nie będę musiał maszerować w te i we wte. Posilony drepczę na stację i układam sobie plan dnia. Plan jest prosty i łatwy do zapamiętania marsz skokowo torami ile się da w kierunku Ciemnic, w poszukiwaniu nowych kadrów i fotografowanie tabunów jeżdżących składów. Wszystko byłoby ok gdyby nie ten trzeci element planu. Krótko po 10-tej przejechał pierwszy, zaraz za nim drugi a już po 18-stej trzeci i ostatni pociąg tego dnia….  Do tego kolana dokuczały coraz bardziej i zaciskając zęby z bólu przeszedłem ledwie połowę zakładanego dystansu. Jedynym pocieszeniem jest to, że jeździły tylko zielone rumuny. No dobra poleżałem cały dzień na trawce, na świeżym powietrzu, z dala od karetek, motocyklistów i jakichkolwiek odgłosów cywilizacji to też ogromny plus takich wycieczek. Po 20-stej docieram do hotelu, zostawiam graty i przez sklepik wracam na stację. Posiedziałem do 23-ciej ale poza WM-ką nie pojawiło się nic. Znudzony ustawiam śniadanko na 6 rano i walę w kimono.

Rześki poranek i kolejne pyszne śniadanko szybko stawiają na nogi. Koło południa mam autobus powrotny więc nie ma sensu jakakolwiek dalsza wycieczka. Rozsiadam się wygodnie na ładowni i sączę świeże zakupy. Do 11:30 odliczają się trzy pociągi i to w bardzo podobnej konfiguracji jak przy poprzedniej solówce. Z resztą cały wypad potwierdza charakterystykę tej linii, piątek wygaszanie ruchu, sobotnia martwica i wzrost w niedzielę. Trzeba przy następnym wypadzie wziąć to pod uwagę.

 

Nie bez żalu, przed południem zbieram się na przystanek autobusowy by przed 13-stą wylądować w Zielonej Górze. Opatrzność nade mną czuwała i bilety na powrót kupiłem w piątek. Z ciekawości poszedłem zapytać o miejsce w „Sukiennicach”, bo tymi miałem wracać z Poznania i okazało się, że o siedzących mogę zapomnieć. No dobra, czas może wreszcie coś ciepłego zjeść. Zaglądam do lokalu gastronomicznego na dworcu ale widok tego co oferuje skutecznie odbiera apetyt a zdecydowanie zachęca do odwiedzenia innego rodzaju przybytku. Cel – „Żabka” by chociaż jakąś bułkę na drogę zdobyć. Wyłażę więc przed dworzec a tam znajomy sznapsbaryton gromkim „cześć!” powoduje impuls elektryczny biegnący wzdłuż kręgosłupa. Laska, już po widzeniu u lubego, wraca do Poznania. OMFG! Przecież jedyny pociąg w ten rejon to moje REGIO. Coś trzeba będzie wykombinować. Z końca peronu obserwuję gdzie wsiada i idę w drugi koniec. Udało się.   Niespodzianka taborowa, zamiast spodziewanego kibla stoi piękny błyszczący ED78 Newagu. Jest więc okazja do porównania z tym co wybrała ŁKA. I z punktu widzenia pasażera powiem, na szczęście! Niby ilość miejsca podobna ale wszystko jakieś takie toporno-plastikowe. Siedzenia, mimo że też z profilowanymi zagłówkami już w innym kształcie i nie tak wygodne. Do tego cudowna plastikowa wandaloodporna śmietniczka ale ogromna i powodująca że ktoś powyżej 130 cm wzrostu musi siedzieć w zasadzie bokiem. Podczas jazdy dużo głośniej niż we Flircie, klimatyzacja nie działała i mimo kilku prób ustawień przez mechanika do samego Poznania było duszno jak cholera. Dodatkowo jeden z kibli zaciął się na amen i wszyscy wędrowali do tego znajdującego się w pobliżu. Powodowało to co chwilę dostawę świeżego, gryzącego w oczy fetoru środka dezynfekującego. Dodatkowo „nowoczesne i dizajnerskie” rozwiązania w postaci elektronicznego zamykania i blokady drzwi od toalety owocowały krzykami kobiet oddających się mikcji i wystawianych na widok publiczny.
Do stolicy podziemnej pomarańczy docieram planowo i szukam dojścia na właściwy peron. Nie ogarniam co przyświecało projektantom tego tworu ale pojęcie wygoda pasażera jest im zdecydowanie obce. Na peronie kłębi się dziki tłum. Dziki w dosłownym tłumaczeniu bo okazało się, że właśnie zakończył się festiwal fantastyki Pyrkon i społeczeństwo wraca do domów. Skazany więc jestem na podróż w towarzystwie elfów, czarodziei, i wszelkiej maści oszołomów i nie dziwi mnie brak miejsc w pociągu. Mimo, w wielu przypadkach cipowatego wyglądu, budujące jest to ,że choć drobny ułamek młodzieży potrafi oderwać się od fejsbuka, tableta czy innego laptopa,  wziąć do ręki książkę a do tego ruszyć przez pół Polski na taki konwent. Może nie wszystko stracone……

Podróż spędziłem więc tradycyjnie na korytarzu bo wolę przestać trzy godziny gapiąc się za okno niż gnieść w 8 osób w przedziale w jednej pozycji. Na Widzewie byliśmy planowo, choć mogłem wybrać opcję przesiadki na ŁKA w Zgierzu, zyskałbym 30 minut, kolejna nauczka na przyszłość. Mimo tak słabego ruchu i zrealizowania ledwie części planowanych zdjęć uważam wyjazd za bardzo udany. Trzy dni z innymi obrazkami, ostatnie rumuny w ruchu i kolejne pokonywanie własnych słabości. Do tego pobyt na świeżym powietrzu i słoneczku i sporo czasu na wyciszenie się. Oczywiście małą mobilność i krótki zasięg operacyjny nie ułatwia zadania ale myślę, że to nie ostatnia tego typu wycieczka.

 

Więcej zdjęć z wyprawy tradycyjnie w osobnej galerii.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.