Czterdzieści lat minęło….

Taaak…. dla niektórych to niemal magiczna bariera, po przekroczeniu której nic już nie jest takie samo. A dla mnie jak na razie mam wrażenie, że nic się nie zmieniło. Dawniej wydawało mi się, że to taki moment w życiu kiedy trzeba zacząć robić podsumowania, jakieś głębsze refleksje, ustatkować się i trwać w oczekiwaniu na nie wiadomo co. Dziś w zasadzie nie zauważyłem kiedy to wszystko nadeszło, świat nie stanął w miejscu nawet na sekundę (poza moim sercem, ale o tym później..), a ja nadal jestem takim samym facetem jak „przed”. Nie zrobiłem żadnego remanentu swojego życia, listy przebojów, osiągnięć czy też porażek i dobrze mi z tym. Pewnie to zasługa faktu, że już dawno temu poukładałem sobie to wszystko we łbie i w miarę systematycznie realizuję prosty plan bycia najzwyczajniej w świecie sobą. Nie muszę innym ani sobie udowadniać niczego, potwierdzać swojej wartości bo znam swoje miejsce w szeregu i twardo stąpam po gruncie (heh 102 kilo mojej wagi i podeszwa Vibramowa bucików Belleville MCB 950 bardzo w tym pomaga ). Nadal mam marzenia i mniejsze lub większe plany na przyszłość. Jednym z takich marzeń niezrealizowanych od ponad 20 lat było posiadanie gitary. Kiedy byłem jeszcze młoda kijanką zapragnąłem mieć wiosło. Wszak wiecie, kariera rockmana, szmal można czerpać garściami, laski ustawiają się same w kolejce i w ogóle szał. Mimo braku talentu ani tym bardziej słuchu, postawiłem na swoim i nabyłem potworka o nazwie „Kosmos” i tak się zaczęło. Potem były kolejne, by wreszcie zamówić u lutnika kopię wyśnionej ikony „heavy-metalowej” gitary czyli B.C. Rich Warlock. Udało się zmajstrować nawet jakąś kapelę, regularne próby, śmiałe plany itd. Oczywiście poza kupą hałasu nic wielkiego nie osiągnęliśmy a życie w postaci MON-u i służby krajowi przekreśliło karierę. Potem bardziej zaczęło ciągnąć w kierunku płci przeciwnej niż pieszczenia gryfu i sprzedałem wszystkie graty. Powiedziałem sobie jednak wtedy, że jak dorosnę i się ustabilizuje to kiedyś kupię sobie coś full-profi, ot tak dla zabawy i własnej przyjemności. Gdzieś tam się to tliło i wraz ze zbliżającym się niewielkim jubileuszem zaczęło nawet o sobie przypominać. Smok podpytywał co bym chciał, o czym marzę i tak dalej ale znając poziom kosztów i nasze zdroworozsądkowe podejście nie brałem tego poważnie pod uwagę. Co więcej padłem ofiarą szeroko zakrojonej intrygi i knowań a cios przyszedł z najmniej spodziewanej strony bo od środka. Otóż moja ukochana małżonka wraz z grupą przyjaciół zorganizowała mi urodzinowe przyjęcie-niespodziankę. Skubana zadbała o najdrobniejsze szczegóły intrygi i praktycznie do samego końca nie podejrzewałem za wiele. Uwielbiamy tzw. „figielki” czyli właśnie akcje z zaskoczenia ale to raczej ja zawsze byłem wykonawcą niż celem. Co gorsza zawsze ufnie i szczerze zdradzałem jej szczegóły „po” nie podejrzewając, że okaże się pilnym uczniem. Owszem było kilka sygnałów i czerwonych lampek ale raz że lubię niespodzianki i dawałem się ponieść a dwa że Dorota naprawdę skutecznie uśpiła moją czujność. No cóż, nauczka na przyszłość. Swoją drogą muszę mieć się na baczności, moja małża uwielbia serię „Kobiety, które zabijają”, szuka dreszczyka emocji czy też szkoli……

Wracając do samej imprezy wszystko było przygotowane w najdrobniejszych szczegółach. Planowaliśmy dzień później mały obiadek z nasza „siostrą” Arletą więc Smok perfidnie wyciągnęła mnie do centrum by coś zjeść, dając tym samym czas na przemeblowanie mieszkania i przygotowanie do balu. Wracam sobie nażarty po sufit (bo przecież tradycyjnie musiałem wszamać połowę porcji Smoka, jakby nie można było zamówić tyle ile można zjeść…) a tu po zdjęciu bucików rozlega się przeraźliwy dźwięk trąbek i kątem oka dostrzegam ruch w ciemnym salonie. FUCK!!!! Najgorsze 0,3 sekundy w moim życiu. Obawiam się, że gdyby Janusz spóźnił się o jakieś 0,5 sekundy z zapaleniem światła mógłby zadziałać instynkt samoobrony i coś poszłoby nie tak….. Na szczęście po zapaleniu świateł i zobaczeniu tylu roześmianych ludzi uruchomiło się właściwe myślenie i ogarnęło mnie niesamowite uczucie szczęścia i radości. To naprawdę coś fantastycznego, poczuć że jest się coś wartym dla kogoś i ludzie chcą coś zrobić dla ciebie ot tak. Zwłaszcza, że wymagało to sporo pracy i to jeszcze robionej za moimi plecami tak bym się nie domyślił. Jeszcze raz Wam wszystkim szczerze DZIĘKUJĘ !!! Sprawiliście mi naprawdę ogromną radość i spełniliście moje trzy marzenia jednocześnie. Zawsze chciałem mieć przyjaciół, to było kolejne potwierdzenie tego faktu. Marzyła mi się też impreza niespodzianka choć na mniejsza skalę i takowa się odbyła. Dostałem też wymarzony prezent a nawet zdecydowanie więcej bo od razu wszystkie graty jakie są potrzebne gitarzyście elektrycznemu (choć bez gumowych rękawiczek, sztoby elektriczestwo nie jebło..). W życiu się nie spodziewałem, że będę posiadaczem zawodowego zestawu i ot od razu całego kompletu. Ostatnio też trochę oszczędzałem na zdrowiu i miałem straszną tęsknotę za dobrą whisky. Przyjaciele zadbali i o to! Naprawdę przesadziliście z tymi wszystkimi, byłbym szczęśliwy z ułamka tego. Dzięki Wam będę pamiętał te chwile do końca życia i czuł, że to największy skarb mieć życzliwych ludzi dookoła siebie. A mnie nie pozostaje nic innego jak wziąć się do roboty i zacząć ruszać zdrewniałymi paluchami i znowu zacząć hałasować…..