Wizyta „Rusłana” w Łodzi i co z tego wynikło

Na spotkaniu klubowym Piotrek wpada z newsem, że do Łodzi w następną środę przylatuje duży Antonov, chyba 72 i warto by było wyskoczyć go zobaczyć. Oczywiście lubię lotnictwo ale jakimś specjalnym planespotterem nie jestem, do tego akurat siedemdziesiątka-dwójka, mimo że unikatowa konstrukcja jest brzydka jak cholera więc jakoś nie potraktowałem tej informacji z należytym entuzjazmem. Parę dni później pogrzebałem w sieci i okazało się, że to nie 72 a 124 i to całkowicie zmienia postać rzeczy. To druga co do wielkości maszyna transportowa świata i takie wydarzenie może się już więcej w Łodzi nie powtórzyć. No dobra, wezmę więc wolne i podrepczę na lotnisko zobaczyć chociaż lądowanie. Piotrek z racji zawodu ma wejścia i możliwości więc miał kwitnąć na wieży a ja miałem chytry plan zakotwiczyć gdzieś w połowie pasa by być przygotowanym na podejście z każdego kierunku przecież nie będzie wiadomo jak będzie podchodził. Zaraz, zaraz a od czego masz technologię? Okazało się, że przecież skanerek jakiego używam ma również pasmo lotnicze plus flightradar powinien dać jakieś informacje. Co prawda niewiele to poprawi moją sytuację przy poruszaniu się z buta ale zawsze. Patrzę na prognozę i ta zdecydowanie odbiera ochotę do działań w terenie, do tego liczę: plan jest na 08:45, samolot jak to cargo może być wcześniej więc przed 8-mą trzeba się zameldować na miejscu , 30 minut jazda dychą i 20 minut autobus (kurka to jednak druga strona miasta). Ja pierdzielę, znowu pasyjka zmusza do podjęcia barbarzyńskiego kroku i nastawienia budzika z piątką z przodu, do tego piździ i wieje. No nic, będę dynamicznie podejmował decyzję.

Rano zwlekam się z wyra, patrzę na smacznie śpiącą żonę i szukam w sobie motywacji by wyleźć w ten ponury i zimny świat. Na szczęście gdzieś tam zawsze ten drugi głos kopie mnie w cztery litery i napędza do działania. Flightradar pokazuje, że maszyna poderwała się z Sofii a mózg ignoruje czerwoną kontrolkę w postaci braku destynacji. Uznałem, że może to jednak transport wojskowy więc nie zdradzają portu docelowego. Tradycyjnie 10-tka ucieka mi z przed nosa, ale plan transportowy zakładał taką ewentualność i następną powinienem być na styk przy dworcu.

Autobus ma jednak dobre 10 minut w plecy a ja zaczynam sie stresować, czy nie będę oglądał lądowania z okien autobusu. W autobusie widać, że parę osób ma ten sam plan co ja. Co więcej jest nawet pani, na oko 60+, dopytująca się o drogę do terminala bo ona jedzie zobaczyć TEN SAMOLOT. Coś fantastycznego!!!

Już przy wejściu do terminala okazuje się, że maszyna ma minimum 2h poślizgu i będzie najwcześniej o 11:30 i w ogóle to nie ma 100% pewności, że do nas przyleci . Ehhhhh czyli dokładnie tak samo jak na torach. No dobra mistrzu co teraz, wracasz i olewasz? Zbadajmy najpierw teren a potem się zobaczy. Spotykam parę znajomych twarzy, i jestem zaskoczony ilością chętnych do zobaczenia tego wydarzenia. Piotrek zerwał się na kawę i będzie o 11-stej, ja zajmuję wygodną pozycję i cierpliwie czekam. Na szczęście terminal jest cieplutki i przestronny a siedzenia wygodne więc czas szybko leci.

Piotrek z kumplem dociera w końcu na terminal, wybija też godzina planowego przylotu Adrii z Monachium czyli trafia się doskonała okazja by potwierdzić domysły o lądowaniu z kierunku 07 jak i sprawdzić i wybrać ostateczne miejsce do czekania na Rusłana. Jedziemy wzdłuż pasa i docieramy na górkę, którą dobrze pamiętałem z czasów przekierowania ruchu na Lublinek podczas remontu pasa na lotnisku im. Chopina w Warszawie. Mówię chłopakom, róbta co chceta ja focę z tego miejsca. Na szczęście przystali i kotwiczymy. Bombardier ląduje planowo a ja kombinuję nad kadrami na Antonova. Będzie ciężko bo ciemno i mgliście jak cholera a ja mam gówno nie szkło. No nic, w końcu jestem by zobaczyć maszynę na żywo a zdjęcia są tylko fajnym dodatkiem. Mam mniejszą lub większą koncepcję jak trafić transportowca, chłopaki też akceptują miejscówkę i wracamy na terminal.

To An124 nie jest..

Dochodzą kolejne minuty poślizgu aż wreszcie mamy upragnioną informację, Rusłan jest w drodze.

Kilkanaście minut przed planowanym lądowaniem jedziemy na koniec pasa 07 i bacznie śledzimy pozycję samolotu oraz meldunków z wieży. Potwierdzają się nasze przypuszczenia, będzie siadał na 07. Na dworze zimno jak diabli więc czekamy do samego końca w aucie. Wysiadamy dokładnie w momencie gdy nad naszymi głowami mignął na ułamek sekundy potężny kształt metalowego cielska. Wdrapujemy się na górkę dołączając do grupki przemarzniętych widzów i po chwili JEST!

Ożeż ty w mordę jeża!!! Robi wrażenie! Zaczyna się narastające staccato trzaskających migawek i po chwili kolos jest już na ziemi. Oczywiście mój cykliczny koszmar senny znowu daje znać o sobie i dokładnie w wyliczonym momencie mijania siatki, ten najbardziej wykombinowany idealny kadr idzie się paść bo albo AF albo bufor zapisu wystawia mi środkowy palec i nie mogę zrobić zdjęcia. Na szczęście następny spodziewany jest już ok co będzie miało później fajny finał.

Jeszcze kilka strzałów z miastem w tle, niestety też i z czyimś obiektywem i kawałkiem ramienia, ot urok fotografowania w grupie. Nic to, wrażenia audio-wizualne bezcenne!Warto było dla tych kilku chwil tu być.

Majestat w powietrzu

Ustawiamy się grzecznie w kolejce jadących w kierunku terminala i jedziemy nasycić się widokiem maszyny z bliska. Jest potęga! Kilkanaście zdjęć z różnych stron podczas załadunku i wracamy do terminala. Oczywiście zostaję na start. Przypuszczamy, że załoga nie będzie podejmowała ryzyka manewrowania na stosunkowo wąskim pasie w dość trudnych warunkach, a mając taki zapas mocy w silnikach dadzą radę polecieć z kierunku 25. Jedziemy więc znowu na tą samą górkę a mnie marzy się klatka z wznoszącym się Rusłanem, pełna moc silników wzbija tumany śniegu a w tle zamglone miasto. Powoli zbliża się czas odlotu ale na horyzoncie pojawia się też bliskie lądowanie Raynair’a. Wzmaga się wiatr ale my uparcie wierzymy w start z 25-ki. Wreszcie kolos rusza się ale ku naszemu zmartwieniu wieża podaje mu namiary na start z 07. Pech! No cóż nie zdążymy już na górkę spotterską na końcu pasa więc na szybko improwizujemy plan B w postaci przycupnięcia gdzieś pośrodku lotniska. Tu temat mocno komplikuje okalająca lotnisko siatka i niemal całkowicie płaski teren. W międzyczasie siada Boeing a ja żegnam się z wymarzona klatką. Trudno, się mówi i gapi się tylko na kołującego Antka. Humoru nie poprawia również zabawna sytuacja z biegającym po pasie zającem powodującym kilkuminutowe opóźnienie. Na osłodę pozostają tylko niezapomniane wrażenia podczas startu maszyny, tego dźwięku nie da się zapomnieć.

Dwa dni później na oficjalnym profilu naszego lotniska został ogłoszony konkurs fotograficzny pod tytułem „Rusłan w Łodzi”. Jury składające się ze znanych postaci w środowisku fotografów lotniczych miało wybrać 30 zdjęć wyróżnionych i z nich 3 najlepsze. Nie brałem nigdy udziału w żadnym konkursie i nagle strzeliło mi do łba, że czemu by nie? Z drugiej strony właśnie przez poddanie zdjęć obiektywnej ocenie mam szansę robić je lepsze. Wybrałem swoją piątkę faworytów ale skoro to konkurs postanowiłem to skonfrontować mój wybór z kimś kto ma ambiwalentny stosunek do lotnictwa.

– Dorota, tu masz 20 zdjęć, wybierz 3 najlepsze.

– A po co?

– Po prostu wybierz.

– OK.

Jej wybór idealnie pokrywał się z moim. Wysłałem zdjęcia, nieśmiało marząc o wyróżnieniu..

 

Porównanie skali

W tym tygodniu ogłoszono wyniki, zaglądam więc na fejsa i oczom nie wierzę.

– Dorota, ale jaja! Zająłem III miejsce w konkursie.

– Ale w jakim konkursie?

– Pamiętasz te 3 zdjęcia co wybierałaś? No to Port Łódzki ogłosił konkurs i wysłałem…

Długo nie mogłem w to uwierzyć, że komuś się to spodobało. Wyróżnienie cieszy podwójnie bo oceniali to ludzie robiący naprawdę genialne zdjęcia i wiedzą dobrze o co w tym sporcie chodzi.

To też, po raz kolejny udowadnia mi, że warto pokonywać własne słabości i po prostu robić to co się kocha a efekty przyjdą same.

Niezmiernie miło jest zobaczyć swoje zdjęcie w tle na oficjalnym profilu lotniska